Ironman Florianópolis, Brazylia

Swim. Bike. Run.
Przygotowałem się do tych zawodów naprawdę solidnie. Nie dlatego, że wcześniej nie trenowałem, ale tym razem ułożyłem plan i logistykę tak, że realnie mogłem wykonywać długie treningi.
Od około miesiąca zwracałem też dużo większą uwagę na sen. Starałem się regularnie spać ponad 7 godzin i naprawdę pilnować higieny snu. W sporcie amatorskim często skupiamy się głównie na treningu, a regenerację traktujemy po macoszemu. Tymczasem ona ma ogromne znaczenie.
I chyba właśnie dlatego były to pierwsze zawody, na których przed startem nie przewracałem się z boku na bok do północy. Oczywiście był stres i emocje, ale o 21:20 byłem po prostu autentycznie zmęczony. Od kilku tygodni chodziłem spać wcześniej i organizm wszedł w swój rytm. Przed samymi zawodami zasnąłem około 21:30 i spałem do 5:20. Dla wielu to może nic szczególnego, ale dla mnie był to bardzo dobry sygnał, że organizm jest gotowy do pracy.
Trenieng, szczegolnie ten kolarski, oznacza sporo godzin spędzonych na rowerze. W międzyczasie bardzo polubiłem podcasty, o czym ekipa WCF zdążyła się już przekonać. Przy długich jednostkach treningowych to naprawdę dobre towarzystwo.
Sam trening i wszystko, co ze sobą niesie – dyscyplina, powtarzalność, praca nad słabościami, zarówno mentalnymi, jak i fizycznymi, radzenie sobie z kryzysami, podejmowanie decyzji i dostosowywanie się do wcześniej założonych planów – to wartości, które bardzo sobie cenię, i nad którymi nieustannie pracuje.
A triathlon i długi dystans kocham szczególnie za to, że uczą rowniez pokory, cierpliwości i niepoddawania się. Tej nieustępliwości pełzania, marszu albo biegu do celu – adekwatnie do możliwości, które trzeba po prostu przyjąć na klatę. Tu nie ma miejsca na wymówki ani na chwilowe bohaterstwo.
Pierwszym wyzwaniem, jak zwykle przy takich wyjazdach, jest logistyka. Tutaj ogromne podziękowania dla mojego szwagra, który rozładował stres i pomógł mi opanować temat walizki z rowerem.
Pływanie – 3,8 km
Średnie tempo: 2:03 min/100 m
Po 30-minutowym opóźnieniu i długim staniu w miejscu przyszedł moment startu. Woda, jak to w oceanie, na początku była mało przyjemna – temp. Ok i bardzo słona; do przodu.
Następnego dnia był Dzień Dziecka, więc dużo myślałem o swoich pociechach. Płynąłem bez spoglądania na zegarek, bez kontrolowania dystansu. Po prostu swoje.
Była fala, a ja to lubię. Wtedy jest ciekawiej.
Mniej więcej po 500 metrach zacząłem czuć wokół siebie tysiące jakichś kamyczków, koralików, śliskich stworzeń... Między palcami, na twarzy, przy stopach. Naprawdę mocno mnie to psychicznie zniechęciło. Kiedy wyobraziłem sobie, że mogę coś połknąć, zrobiło się jeszcze mniej przyjemnie. Były ich tysiące.
Po zawodach doczytałem, że u wybrzeży Brazylii często można trafić na ogromne ławice małych ryb liczące setki tysięcy osobników. To była naprawdę ciężka przeprawa dla głowy. Może właśnie dlatego tak szybko wyszedłem z wody.
Zmiana poszła bardzo sprawnie. Chyba głównie dlatego, że dawno nie płynąłem w tak cieplej wodzie. Zwykle człowiek wychodzi z niej zmarznięty, zesztywniały, zanim zdejmie piankę, ubierze się i ogarnie sprzęt, mija sporo czasu. Tutaj wszystko poszło wyjątkowo gładko.
Rower – 180 km
Średnia prędkość: 30 km/h
Mega fajna trasa. Widoki, zakręty, zmiany kierunku. Lubię, kiedy coś się dzieje, a nie 100 kilometrów w linii prostej.
Trasa należała do średnio trudnych, z kilkoma wymagającymi podjazdami, szczególnie odczuwalnymi podczas drugiego okrążenia.
Czułem naprawdę dużą moc. Zmieniłem strategię żywieniową i tym razem co godzinę zjadałem jednorazowo 2x żel oraz baton. Sprawdziło się bardzo dobrze.
Około 150 kilometra pojawiło się zamglenie i uczucie zjazdu energetycznego. Na szczęście po chwili minęło, ale do końca roweru musiałem już walczyć o utrzymanie tempa.
Tu bolało.
Utrzymywanie średniej 30 km/h po 150 kilometrach było dla mnie naprawdę dużym wyzwaniem.
Zmiana ponownie sprawna. Picie, jedzenie i gotowy do biegu.
Bieg – 42,2 km
Średnie tempo: 6:59 min/km
Wybiegłem całkiem dobrze się czując. Tętno było niskie, ale nogi od razu dawały znać o sobie. Lekkości nie było.
Ponownie starałem się praktycznie nie patrzeć na zegarek. Jeśli już zerkałem, to wyłącznie na tempo. Nie chciałem widzieć czasu ani dystansu. U mnie to działa świetnie. Głowa gubi poczucie czasu i odległości, a wtedy zostaje tylko jedno zadanie – biec przed siebie.
Od około 7 kilometra było trochę lepiej. Z jednej strony wiedziałem, że mam bieganie przepracowane i jestem przygotowany. Z drugiej strony nogi mówiły co innego.
Nie byłem w stanie pobiec szybciej.
To była ciągła walka w głowie:
„Biegnij. Nie ma chodzenia.”
I tak w kółko.
Na trzecim okrążeniu musiałem mocno pracować głową. Na czwartym jeszcze bardziej. Nogi bolały naprawdę konkretnie.
Na około 7 kilometrów do końca spróbowałem przyspieszyć. Udało się pobiec w tempie około 6:30 min/km, ale tylko przez niecały kilometr. Potem wróciłem do swojego rytmu.
I to było OK.
Kiedy w końcu wybiegłem na prostą prowadzącą do mety, a nie na kolejne okrążenie, poczułem ogromną ulgę. Zegarek pokazywał jeszcze około kilometra, ale każdy, kto startował w takich zawodach, wie, że nigdy nie wiadomo, ile dokładnie zostało.
Tak długiego finiszu jeszcze nie miałem.
Po raz pierwszy musiałem biec bardzo asekuracyjnie i po prostu wytrwać do końca. Było już tak blisko, a jednocześnie tak trudno.
Na metę wbiegłem zmęczony, obolały, ale przede wszystkim szczęśliwy i zadowolony.
Dziękuję wszystkim za wsparcie i za przesuwanie tej kropki do przodu. To naprawdę pomaga.
To były bardzo dobre zawody, po których... po prostu wsiadłem na rower i wróciłem nim do hotelu.
PS.
Florianópolis zostanie mi w pamięci nie tylko przez zawody. Chyba nigdzie wcześniej nie widziałem tak intensywnych kolorów. Niebieskiego nieba, soczystej zieleni dżungli i wody mieniącej się od mięty, przez turkus, aż po błękit. Chwilami przypominała nawet kolor Bianchi.
Może jednak jeszcze bardziej zostanie mi w pamięci dlatego, że dzień po zawodach był Dzień Dziecka.
Przez całe zawody myślałem o moich pociechach. Nie tylko podczas pływania, ale też na rowerze i podczas biegu. Wyobrażałem sobie, jak patrzą na tę małą kropkę na ekranie i przesuwają ją do przodu.
„Tata, lecisz!”
„Tata, możesz!”
„Tata, dawaj!”
Bardzo pomaga mi świadomość, że trzymają za mnie kciuki. I że nawet będąc tysiące kilometrów od domu, cały czas są bardzo blisko mnie.
Ale nie tylko oni.
Wiem, że tę kropkę na ekranie przesuwali też przyjaciele. To naprawdę pomagało wtedy, kiedy zaczynało boleć.
A rodzice... rodzice mocno przeżywali te zawody glownie ze wzgledu mysle na odleglosc i "brazylie". W Polsce była już grubo po północy, około pierwszej trzydzieści, a oni jeszcze nie spali. Kiedy wszystko się skończyło, zadzwoniła mama. Razem z tatą czekali i byli ciekawi, jak sie czuje.
Joanna wysłała mi "podsumowanie", ktore załączam w zdj, dzięki za doping.
Człowiek jedzie na drugi koniec świata i ostatecznie okazuje się, że najważniejsze nie są kilometry, tempo czy wynik. Najważniejsi są ludzie, którzy są z Tobą, nawet jeśli dzieli Was ocean.
Bo na długim dystansie człowiek nigdy nie biegnie całkiem sam.